Ochnik wzorem innych marek zaczyna inspirować się najpopularniejszymi modelami torebek. Jakieś 2-3 lata temu kupiłam brązowe "siodełko" na wzór Chloe. Teraz znowu w tym stylu i znowu z wyprzedaży. Tylko tak opłaca się kupować te torebki - a ponieważ są to modele dość ponadczasowe, można mieć pewność, że nie jest to fason, który za rok już będzie obciachem, jak np. dżinsowe torebki Louis Vuitton z lisią kitą, tak chętnie podrabiane.
Moje "cacuszko" to czarny kuferek również z "siodełkową" ozdobą, tak charakterystyczną dla Chloe.
Podróbek nie lubię, bo drogie to jak diabli a i tak mam świadomość, że nie noszę oryginału, więc po co mi ten szpan. Za to lubię coś takiego właśnie. Ochnik nie kopiuje, ale inspiruje się, a to różnica.
Jego wersja nie jest niestety tak piękna, ale też i cena przystępniejsza. Gdybym zaniosła tę torebkę do kuśnierza i zebrała po bokach w jednym miejscu, fason zrobiłby się niemal identyczny, ale nie chcę...Lubię swoją "nie-Chloe". :)
29.01.2012 o godz. 19:26
komentuj (0)
Upominek od koleżanki przypomniał mi o mydłach, które szalenie uwielbiam. Pachną długo, intensywnie i mają niebywale duże rozmiary. Mój brat żartuje, że wyglądają jak "więzienne mydło, po które nie wolno się schylać". Za to pachną na pewno zupełnie "niewięziennie".
Mydła Nesti Dante są wyrabiane według starych receptur, a wzbogaca się je o naturalne, bajecznie pachnące kompozycje zapachowe. Z chęcią zamieniłam swój żel pod prysznic właśnie na to mydło i towarzyszące mu uczucie "zwykłej" czystości. Bez reklamowanych kapsułek, nanosomów, esencji i innych bajerów.
Tagi:
kosmetyki
nesti dante mydła
Wyrwać, dosłownie, bo inaczej nie mogę opisać próby znalezienia godziny czasu na zrobienie sobie raz na 1,5 tygodnia paznokci. Jeśli będę chodzić z "gołymi", obgryzę, bo to obecnie mój jedyny poważny nałóg (z kawą i słodyczami w dużych ilościach pożegnałam się, gdy tylko zaszłam w ciążę).
Paczka ze sklepu wszystkodlawłosów.pl dotarła szybko. Same zakupy były sprawne, kontakt telefoniczny bez zarzutu, a w przesyłce znalazłam jeszcze mały gratis. Ach - przesyłka była darmowa, bo od pewnej kwoty to oni opłacają koszty transportu.
A teraz szybka recenzja mojego hybrydowego manicure: trzyma się już prawie 1,5 tygodnia bez draśnięcia, odpryśnięcia, nawet minimalnego. Gdyby nie "odrost", można by pewnie chodzić drugie 1,5 bez poprawek. Kolor jest żywy, powierzchnia pięknie błyszcząca. I to na moich paznokciach, na których każdy zwykły lakier trzyma się maksymalnie 3 dni z bazą...
Zestaw:
- preparat podkładowy
- lakier hybrydowy (mój jest w kolorze Wildfire - klasyczna czerwień),
- preparat nawierzchniowy (podobno nie jest niezbędny, ale myślę, że to dzięki temu manicure jest cały czas tak świeży)
- aceton do usuwania,
- alkohol izopropylowy do przemywania ukończonego manicure,
- odtłuszczacz (miałam w domu, ale według filmików instruktażowych nie jest niezbędny),
i w końcu
- lampa UV (jak już wcześniej wspominałam, mój stary nabytek sprzed 2 lat, kiedy sama robiłam sobie żel na naturalnych paznokciach).
Tak wygląda mój manicure po 1,5 tygodnia:
Po raz pierwszy zafundowałam sobie manicure hybrydowy i wiem, że już niebawem będę go robić samodzielnie.
Właśnie jestem w trakcie zaopatrywania się we wszystkie potrzebne rzeczy. Lampę mam jeszcze z okresu, gdy robiłam żel na naturalnych paznokciach. Hybryda wygląda jednak dużo bardziej naturalnie i też dużo prościej ją nałożyć. Potrzebne są trzy preparaty (baza + lakier + preparat nawierzchniowy), do tego aceton do zdejmowania takiego manicure i płyn, którym przygotowujemy paznokcie przed malowaniem. Tyle. Cały zestaw jest dość drogi, ale można kosmetyki z różnych przedziałów cenowych. Zobaczymy, będę kombinować.
Na razie na paznokciach noszę manicure zrobiony kosmetykami Shellac (kolor Wildfire - piękna, klasyczna czerwień) i póki co przy tym zostanę - robiony w niedzielę na razie wygląda, jakbym dopiero do wróciła od manikiurzystki, a muszę przypomnieć, że na moich paznokciach tradycyjne żele już w tym czasie się przykruszały lub odwarstwiały.
Takie manicure można zrobić samodzielnie nawet wieczorem, kiedy dziecko już śpi. I później spokój co najmniej na tydzień albo i dwa. Na razie chyba nie ma dla mnie nic lepszego. A paznokcie muszę malować, inaczej obgryzam niemiłosiernie.
Dawno już nie miałam tak luksusowego kosmetyku do ciała, choć wygląda niepozornie.
To masło do ciała to chyba IDEAŁ.
No, może odrobinę przesadzam, ale naprawdę niewiele mu brakuje.
Kocham w nim zapach, konsystencję i działanie.
Ten pierwszy jest naturalny, dyskretny i świeży. Pachnie porankiem, wiosną, aż chce się go głębiej wdychać.
Konsystencja wprost perfekcyjna - to krem, który znakomicie się wchłania. Nie jest za tłusty, ale na tyle bogaty, by mieć uczucie, że skóra jest "napojona". W końcu działanie: skóra jest miękka, nawilżona, delikatnie pachnąca, bez nieprzyjemnej warstwy.
Niestety, zdaje się, że można go kupić tylko w gabinetach kosmetycznych. Tani nie jest, ale to swego rodzaju pamiątka. Dawno już przestałam kupować durnostojki podczas wyjazdów - lepiej sprawić sobie coś, co nie będzie stało zbierając kurz i naprawdę się przyda. Z ostatniego pobytu w Krynicy przywiozłam właśnie to.
Poniżej "na szybko" wrzucam zdjęcia paru nowości zakupowych z mojej kosmetyczki. Niebawem recenzje.
Healthy Mix Serum - Bourjois
Podkład, którego... nie ma!
Naprawdę, nie widać go na skórze. Po nałożeniu stapia się idealnie, zarówno jeśli chodzi o kolor (mam odcień 52 Vanille - lekko żółtawy), jak i teksturę.
Polecony przez uwielbianą przeze mnie Lisę Eldridge, która często używa go w swoich makijażach.
Pięknie pachnie, dobrze nawilża, daje początkowo półmatowe wykończenie, które w ciągu dnia słabnie przegrywając z tendencją do przetłuszczania się mojej cery. Mam jedną, jedyną uwagę: 16-godzinna trwałość, jaką obiecuje producent, nie ma absolutnie nic wspólnego z prawdą. Podkład trzyma się skóry parę godzin, chociaż muszę też zaznaczyć, że mam wyjątkowy talent do ścierania fluidów, które reklamowane są jako najbardziej trwałe. Z całą pewnością stwierdzam jednak, że ten wymaga utrwalenia w postaci np. pudru sypkiego.
Poza tym - rewelacja, łącznie z higienicznym opakowaniem z pompką. Mam nadzieję, że nie będzie przez nią zostawało wewnątrz 50% kosmetyku, jak w wypadku Maybelline.
Masterpiece Max od Max Factor
Wrócę chyba do starych, sprawdzonych mascar, bo te nowe za każdym razem okazują się być jednak nietrafione.
Wkurzona kupiłam coś, co na Wizażu ma jedno ze szczytowych miejsc na listach kosmetyków - tusz Materpiece Max od Max Fator.
I co? Nic - ten tusz jest na moich rzęsach do bólu przeciętny. Efekt daje taki, jak mascara za 10 zł, choć kosztuje 60.
Wszystko to, co wypisują tutaj dziewczyny zupełnie się nie sprawdziło. Nie podważam ich opinii, po prostu może moje rzęsy są wybrakowane albo za dużo sobie obiecuję?
Trudno się mówi i szuka się dalej - właśnie zamówiłam stary, dobry Maybelline na Allegro. Za 17 zł, bo mam już dość przepłacania.
Co roku ten sam dylemat. Co? Mój mąż nie ułatwia mi zadania. Jak dziecko co roku wypytuje, co będzie, cieszy się i czeka. Jakąś strasznie dużą wagę przywiązuje do gwiazdkowych podarunków.
W tym roku chyba trafiłam, bo strasznie się wzruszył, rozpakowując pudełko.
A pomysł był prosty: longsleeve w Spreashirt, z indywidualnym napisem.
Zamówiłam go jakieś 2 tygodnie przed Świętami, dotarł po tygodniu.
Dla tych, którzy się zastanawiają: na razie krótko stwierdzam, że jestem zadowolona.
Spreadshirt to zdaje się niemiecka firma, ale mają nie tylko angielską ale i polską wersję.
Mąż jest fanem flipperów, zamówiłam więc koszulkę z napisem "Pinball, that's all!". Nadruk granatowy, aksamitny, lekko wypukły na białym t-shircie z długim rękawem.
W opcji jest też możliwość zamówienia opakowania na prezent (eleganckie i gustowne - nie mogę jednak zrobić zdjęcia z wiadomych powodów) i kartki z dedykacją.
Nie mam karty kredytowej, pewnym problemem była zatem kwestia zapłaty. Można zapłacić zwykłym przelewem, jednak musiałam nieco kombinować z wypełnieniem formularza, bo w moim banku dostosowany jest do polskich adresów i znaków. Poza tym wszystko w porządku - informacje o dostawie, o realizacji, o wysyłce.
Pewnie jeszcze kiedyś skorzystam z usług.
Cena koszulki: ok. 140 zł z wysyłką i opcją pakowania jako prezent
W tym roku chyba trafiłam, bo strasznie się wzruszył, rozpakowując pudełko.
A pomysł był prosty: longsleeve w Spreashirt, z indywidualnym napisem.
Zamówiłam go jakieś 2 tygodnie przed Świętami, dotarł po tygodniu.
Dla tych, którzy się zastanawiają: na razie krótko stwierdzam, że jestem zadowolona.
Spreadshirt to zdaje się niemiecka firma, ale mają nie tylko angielską ale i polską wersję.
Mąż jest fanem flipperów, zamówiłam więc koszulkę z napisem "Pinball, that's all!". Nadruk granatowy, aksamitny, lekko wypukły na białym t-shircie z długim rękawem.
W opcji jest też możliwość zamówienia opakowania na prezent (eleganckie i gustowne - nie mogę jednak zrobić zdjęcia z wiadomych powodów) i kartki z dedykacją.
Nie mam karty kredytowej, pewnym problemem była zatem kwestia zapłaty. Można zapłacić zwykłym przelewem, jednak musiałam nieco kombinować z wypełnieniem formularza, bo w moim banku dostosowany jest do polskich adresów i znaków. Poza tym wszystko w porządku - informacje o dostawie, o realizacji, o wysyłce.
Pewnie jeszcze kiedyś skorzystam z usług.
Cena koszulki: ok. 140 zł z wysyłką i opcją pakowania jako prezent
Taki prosty, a zarazem taki fikuśny prezent: krem do rąk.
Na moim biurku zawsze stoi jakaś jego tubka. Tej się prędko nie pozbędę.
Dostałam w prezencie 500 ml kremu The Boutique o lekko słodkawym zapachu orchidei, ambry i kadzidła. Pachnie zmysłowo, jak dobre wieczorowe perfumy, wchłania się błyskawicznie i pięknie wygląda. W dodatku opakowanie wyposażono z wygodną pompkę.
Z lubością używam nawet w tym momencie, pisząc tę notkę.
Nie potrafię oceniać perfum "na chłodno", rozkładając zapachy na czynniki pierwsze. Nie, bo do zapachów podchodzę strasznie emocjonalnie. Każdy to jakieś skojarzenie, wydarzenie, ba! nawet moment przełomowy.
Chance Chanel na zawsze już kojarzyć mi się będzie z momentem, gdy ja i mój obecny mąż postanowiliśmy, że zostaniemy parą.
Nie miałam wówczas własnego flakonika - podkradałam więc Chance mamie, która na okoliczność wyjazdu użyczyła mi całej buteleczki. Nie, nie zużyłam całej, bo mój obecny mąż stwierdził, że perfumy są dla mnie za poważne...
A teraz na gwiazdkę, pod choinkę, dostałam właśnie Chance. Co najciekawsze, kupił je w ciemno, bo zachwycił go zapach na bloterku.
Już nie twierdzi, że to perfumy na wyrost. Może dlatego, że od momentu ich pierwszego powąchania minęło aż 8 lat? I ja i mąż pewnie do niego dojrzeliśmy.
Perfumy są zdecydowanie dzienne, ktoś w recenzjach słusznie stwierdził, że pachną "półwytrawnie". I dobrze, bo nie przepadam za słodkimi aromatami na skórze.
Zaznaczam: to nie są perfumy, które byłabym sobie w stanie sama kupić. Tak naprawdę nie jest to w 100% mój typ, ale to przestaje mieć znaczenie, gdy za zapachem stoi - jak w tym wypadku - jakaś historia.

Moja przygoda z Chanel jest zresztą dość skromna: pamiętam resztkę Chanel No. 5, którą mama podarowała mi, kiedy kończył jej się jej otrzymany w prezencie flakon. Mając 12 lat dostałam buteleczkę z paroma kropelkami w środku (odkręcana, bez atomizera - dokładnie taka, jak na zdjęciu). Przez długi czas lubiłam odkręcać zakrętkę i napawać się zapachem... Do momentu, kiedy butelka została stłuczona podczas domowych porządków.
Chanel Allure dostałam jako swoje pierwsze "górnopółkowe" perfumy. Miałam jakieś 17, może 18 lat i tato przywiózł mi je, kupione w strefie bezcłowej. 100 ml zdawało się nie kończyć. Zapach był absolutnie za poważny dla nastolatki, ale używałam go oszczędnie, trzymałam w kartoniku, żeby chronić przed promieniami słonecznymi. No i służył mi jakieś 2 lata. A flakonik mam do dziś.
Trzecie były właśnie Chance. Lubię też Coco Mademoiselle, ale ponieważ pachniało już nimi kilka moich znajomych, raczej się na nie nie skuszę.
Tak już mam, że potrafię kupić sukienkę letnią w zimie, jeśli tylko mnie zachwyci.
Kurtkę skórzaną założę pewnie tylko parę razy tego roku (co oznacza, że będę wtedy poruszać się samochodem, nigdy pieszo w mrozy, które zapewne jeszcze nadejdą), ale na wiosnę będzie jak znalazł - tym bardziej, że od lipca jestem tzw. mamą spacerującą, bo ilekroć wychodzę z domu, zbieram też synka na spacer.
Kurtka jest skórzana, stylizowana na starą, zużytą. Mam już do niej równie pięknie zużyte kozaki Ryłko (znoszone, ale nie zniszczone). Dżinsy, biała bluzka pod spodem i voila - efektowny strój gotowy, bez kombinowania.
Cena była znakomita: 249 zł (za kurtkę skórzaną), bo trafiłam na przecenę 50%.
Przy kasie pytam ekspedientki, jakim cudem został ten jeden, jedyny model na wieszaku, w dodatku w najbardziej "chodliwym" rozmiarze 36.
- Przed chwilą przynieśliśmy ją z magazynu, była tam tylko jedna - powiedziała.
Dodam, że gdy ją kupowałam, obok czekał mój niecierpliwy mąż, a w wózku leżał jeszcze bardziej niecierpliwy, 5-miesięczny synek, który zaczął dawać głośny wyraz znudzenia i zmęczenia jednocześnie.
Coś jeszcze? Tak - miło jest w końcu wyjść z domu, chociaż męczą mnie te przedświąteczne tłumy.
Pod pewnymi względami jednak lepszy...
Mam nadzieję, że mąż nie sprezentuje mi na Gwiazdkę terminarza, bo sama go już sobie sprawiłam.
Ciak okazał się lepszy od Moleskine, a może po prostu potrzebowałam odmiany. Pod pewnymi względami jednak wygrywa z legendarnym notatnikiem. Czym?
Już odpowiadam:
- ma skórzaną okładkę, która jest dostępna w różnych kolorach (ja mam różową - odcień ciemnej maliny),
- skóra jest miła w dotyku,
- papier dobrze przyjmuje tusz (piszę głównie piórem),
- jest grubszy,
- moim skromnym zdaniem jest po prostu ładniejszy.
Podobnie jak Moleskine występuje w formie notatnika i terminarza.
W tym Moleskine wygrywa?
- ma bardziej poręczny format (taki bardziej "smukły"),
- jest lżejszy,
- ma kieszonkę, np. na ulotki lub inne skrawki.
Ponieważ jednak ostatecznie trudno mi się zdecydować, a notować uwielbiam, od numerów telefonów przez adresy internetowe aż po pomysły na moją pracę naukową (co więcej, przechowuję swoje stare notatniki - to co prawda żaden pamiętnik, ale miło jest je poprzeglądać i wiedzieć, czym zajmowałam się np. rok temu; taki osobliwy "wspomiennik").
A tak w ogóle, to oba uważam za świetny prezent na święta. Ach - jeśli o tym mowa, to moim zdaniem Ciak jest bardziej reprezentacyjny. Skóra robi swoje. ;)
Nie zawsze chcę ścielić łóżko, a najczęściej nie mam na to czasu, bo rano zawsze mój Maluszek wzywa mnie głośno i wyraźnie. Pięknie ułożona pościel staje się sprawą drugorzędną.
Wciąż jednak chcę, by sypialnia jakoś wyglądała. Tu odkryłam rewelacyjną rzecz: prześcieradła welurowe. Odkryte są estetyczne, ładne, ciepłe, bez zagnieceń (hurrraaaa! nie trzeba prasować!). Można całą pościel złożoną położyć na brzegu łóżka, zostawiając jedynie to prześcieradło. Ja kupiłam jedno w kolorze ciemnej czekolady, ale pewnie na tym się nie skończy.
No i welur - jedna z moich ulubionych tkanin.
Cena jest dwa razy droższa, niż w przypadku zwykłego prześcieradła, ale uważam, że jest uzasadniona. W końcu to prześcieradło pełni też funkcję... czego, narzuty? Może nie do końca, ale bez niej przynajmniej łóżko nie wygląda już źle.
Cena: ok. 80 zł za prześcieradło na materac o wymiarach 160x200.
Moja mama ma przerąbane - w grudniu Mikołajki, urodziny, imieniny i Boże Narodzenie. Zazwyczaj wychodzi tak, że żeby nie zawracać nikomu głowy prosi, by połączyć to w jeden prezent.
Ponieważ jednak w tym roku obchodzi 50. urodziny, nie mam zamiaru niczego łączyć i na urodziny dostanie coś dodatkowego. Ten dodatek to torebka. Długo szukałam wzoru, który byłby dla niej idealny, a znam jej gust i potrzeby. Klasyka, ale nie biznesowa. Kolor neutralny, najlepiej pasujący do całej jej garderoby. Ileż ja stron internetowych odwiedziłam, ile razy przejrzałam Allegro!
W końcu trafiłam na torebki Hoffman - polskie, szyte w Bydgoszczy. Zamierzam jej taką zamówić, ale by było ciekawiej, torebka będzie "customized", czyli wprowadzę pewne zmiany.
Bez kieszonki zewnętrznej, by mogła nosić do frontu raz stroną ze wzorem, a raz gładką. Ciemniejsza podszewka, bo te jasne strasznie szybko się brudzą (przecież w torebce damskiej mieści się cały dom). Można nawet dostosować wymiary - np. zrobić torebkę bardziej w pionie, niż w poziomie, ale ja pozostanę przy tym wzorze. Mam nadzieję, że będzie się dobrze nosić.
Dostałam już próbki skór (rozmawiałam z bardzo miłą panią wczoraj przez telefon, dzisiaj przyszedł list z próbkami!) - bardzo przyjemny kolor. Wysyłają, by nie było wątpliwości co do odcienia.
W końcu cena: kształtuje się w granicach 300-400 zł. Za wprowadzone zmiany nie dopłacamy nic, podobnie za wysyłkę próbek skór. Uważam, że za torebkę ze skóry licowej nie jest to cena wygórowana (dziś w Kazarze widziałam podobne za dwa razy tyle!).
Oby się dobrze nosiła.

<b>AKTUALIZACJA: Torebka przyszła</b>
Będzie krótko i na temat: torebka dotarła precyzyjnie według wcześniejszych ustaleń. Jest dokładnie taka, jak sobie zażyczyłam, wszelkie detale zgodne z wytycznymi (torebka jest dostosowana do indywidualnych wymagań - bez zewnętrznej kieszeni, z jedną stroną gładką, wewnątrz z czekoladową podszewką). Przypomnę, że obsługa była przemiła i szybka. Bardzo, ale to bardzo polecam wszystkim.
Nieustannie poszukuję czegoś, co w przyjemny sposób aromatyzowałoby wnętrza. Wszelkie "Brisy" i inne wynalazki są dla mnie strasznie drażniące i męczące.
Perfumy do wnętrz Oriflame Home uznałam jednak za udane z tym, że zapach dość szybko się ulatnia. Dobrze natomiast jest spryskać nimi np. poduszki w salonie.
A coś bardziej trwałego?
Właśnie przechodzę fazę fascynacji olejkiem aromatyzującym powietrze Oriflame Home Warm Interlude in St. Moritz.
Pięknie pachnie, ale nie męcząco. Nie jest też zbyt intensywny. Pozostaje w tle, ale wyczuwalny, czyli ma wszystkie pożądane cechy zapachu do wnętrz.
Kwestia samej kompozycji jest oczywiście kwestią gustu. Ten przypomina perfumy w dobrym stylu - nieco ciepłe, ciężkawe, takie ciut zimowo-swetrowe. Bardziej do salonu i sypialni, niż kuchni (jestem zresztą zdania, że w kuchni powinny królować NATURALNE zapachy dobrego jedzenia i kawy).
Na pewno przetestuję pozostałe, choć nie należą do najtańszych. Ja swoje kupiłam w cenie 34,90 zł, pozostałe kosztują już 49,90 zł, ale może doczekam się promocji.
Flakon jest ciężki i szklany, elegancki, prosty, pasuje właściwie do każdego wnętrza. Już planuję zakup wersji "1001 Nights".
Jakoś wcześniej nie przyszłoby mi do głowy, że moje dziecko zapała miłością do tak niepozornej zabawki. Nie żadne misie, nie króliczki, a zwykła szmatka z metkami. Ponieważ jednak jest to "Dutch Design", o czym informuje nas metka, szmatka kosztuje tyle, co 20 innych takich szmatek, ale to już szczegół.
Jest mięciutka i cała ozdobiona metkami. Synek uwielbia ją miętosić, a zasypiając lubi przykrywać nią sobie nosek.
I kto by pomyślał?
Już wcześniej pisałam, że na plastikowe zabawki reaguję co najmniej alergicznie. Nie lubię ich i w miarę możliwości unikam, choć przyznam: to trudne.
Trudne też z tego względu, że piękne zabawki tekstylne czy drewniane są droższe i wcale nie są to różnice rzędu paru złotych.
Wolę kupić jednak rzadziej, bo wiem, że po pewnym czasie i tak uzbiera mi się pokaźny stos, z którym nie będę miała co robić.
Jest też tak, że młodzi rodzice często kupują te zabawki... dla siebie. Co zrobić, taka prawda. W sklepach jest teraz tyle pięknych rzeczy, że nie sposób oprzeć się wędrując po dziale dziecięcym.
Ja właśnie odkryłam piękne zabawki marki Lilliputiens - wszystkie robione ręcznie (stąd zapewne ich cena), ilość plastiku znikoma, to głównie zabawki tekstylne. Piękne, kolorowe, jak postaci z bajek.
Sprezentowałam jedną właśnie synkowi (pęk różnych zabaweczek na okrągłym gryzaku, żaba mnie urzeka!) i chyba sprawuje się nieźle. Poza tym, że jest ładna i przyciąga wzrok, jest też praktyczna, bo można ją przypiąć do wózka lub łóżeczka.

Internetowy sklep Mango ma już w mojej osobie wierną klientkę.
Zaryzykowałam i kupiłam w nim coś, co zazwyczaj odradzam - zimową kurtkę. Zawsze przekonuję, że takie rzeczy najlepiej mierzyć, ale ilekroć przymierzałam coś w Mango, S-ka pasowała jak ulał, więc zaryzykowałam. I faktycznie, kurtka leży idealnie.
Nie mam czasu na chodzenie po sklepach (4-miesięczny synek, czy trzeba więcej wyjaśnień?), więc coraz bardziej przyzwyczajam się do zakupów w sieci.
Ten nabytek to jeden z najpoważniejszych, bo z reguły przez internet nie kupuję ubrań, które mają mi służyć długo i często.
Jak się kupuje w Mango? Szybko i prosto. Wysyłają do Polski (za wysyłkę zapłaciłam 9 zł), płacimy kartą kredytową.
Przesyłka dotarła do mnie po... 2 dniach! Bardzo, bardzo szybko. Nie sprawdzałam, ale najprawdopodobniej wysłali to z Polski. Do zakupów dorzucili tekstylną torbę z logo (miły gest) i wieszak na płaszcz. I takie właśnie detale, oprócz zadowolenia z towaru, decydują o tym, czy do sklepu się wraca. Ja wrócę.
Płaszczyk w rzeczywistości jest ciut ciemniejszy, niż na zdjęciach. Na fotografiach widzimy jakiś blady, złoto-beżowy odcień, w "realu" to bardziej kawa z mlekiem.
Kto kupuje w Mango wie, jakiej jakości są to ubrania, więc tu wiele wyjaśniać nie będę. Dodam, że ja jestem zadowolona, a wszystkie te hiszpańskie sieciówki typu Mango właśnie, czy Zara, są dla mnie bardzo podobne.
Dziecko w domu oznacza nieprawdopodobny przypływ plastiku.
Dziś każda zabawka jest (niestety) plastikowa i ładna tylko na sklepowej półce. W domu wszystkie zbierają się w jedną wielką plastikową kupę gratów i nie ważne, czy są to grzechotki, czy klocki.
Uwielbiam zabawki pluszowe i drewniane. Konsekwentnie staram się kupować tylko takie - wszelkie inne to prezent.
Ponieważ jednak mój Maluszek ma dopiero 4 miesiące, czeka mnie jeszcze morze plastiku. Walczę z nim jednak, jak potrafię. Swoją ulubioną, pluszową grzechotkę, nosi na nadgarstku.
Dziś znalazłam na Allegro piękną drewnianą grzechotkę w starym stylu. Cena? Najlepsza: 1,99 zł. :)
Zamurowało mnie przy kasie, kiedy przyszło mi zapłacić za książkę (dodam, że książkę nie dla mnie).
Po raz pierwszy zapłaciłam za wysyłkę 2,5 raza więcej, niż kosztuje sama książka. A książka do najtańszych nie należała.
Do czego zmierzam: za przesyłkę w głupim Asosie nie płacę nic. Na Amazonie, za wysyłkę książeczki, opłata wyniosła 33 funty (to ponad 150 zł!!!) za opcję doręczenia w przeciągu 4 dni. Musiałam zamówić ekspres, bo będę ją przesyłać dalej, do właściwego adresata. W Europie, w dobie szybkich przesyłek i powszechności międzynarodowych zakupów w sieci za wysyłkę płacimy jak za zboże.
Studenci mają kiepsko - a ta sytuacja dotyczy właśnie ich. Na polskich uniwersytetach wymagana książka jest dostępna w uniwersyteckiej bibliotece, owszem. Jedna. I to w czytelni.
Takie są często realia. Wykładowcy mówią, że "można zamówić na Amazonie". Można, jasne. Płacąc 250 zł za jedną książkę. "Biedny student" ma na to mieć. Jedyna nadzieja w tym, że jeden zamówi, a reszta się zrzuci, choć w praktyce rzadko widziałam takie ukłony w stronę kupującego.
Po raz pierwszy zapłaciłam za wysyłkę 2,5 raza więcej, niż kosztuje sama książka. A książka do najtańszych nie należała.
Do czego zmierzam: za przesyłkę w głupim Asosie nie płacę nic. Na Amazonie, za wysyłkę książeczki, opłata wyniosła 33 funty (to ponad 150 zł!!!) za opcję doręczenia w przeciągu 4 dni. Musiałam zamówić ekspres, bo będę ją przesyłać dalej, do właściwego adresata. W Europie, w dobie szybkich przesyłek i powszechności międzynarodowych zakupów w sieci za wysyłkę płacimy jak za zboże.
Studenci mają kiepsko - a ta sytuacja dotyczy właśnie ich. Na polskich uniwersytetach wymagana książka jest dostępna w uniwersyteckiej bibliotece, owszem. Jedna. I to w czytelni.
Takie są często realia. Wykładowcy mówią, że "można zamówić na Amazonie". Można, jasne. Płacąc 250 zł za jedną książkę. "Biedny student" ma na to mieć. Jedyna nadzieja w tym, że jeden zamówi, a reszta się zrzuci, choć w praktyce rzadko widziałam takie ukłony w stronę kupującego.
Maluszek rośnie - już za miesiąc zadebiutuje w jego jadłospisie marchewka i jabłko. A ja rozglądam się za krzesełkiem do karmienia.
Problem jest następujący: kuchnia mała, w domu powoli piętrzą się wszelkie akcesoria dziecięce. Najchętniej zatem kupiłabym coś składane na płasko.
To, co mam na oku, co prawda płaskie nie jest, ale jego gabaryty sprawiają, że najprawdopodobniej zdecyduję się właśnie na ten model.
Mowa o Baby Snug marki Mamas & Papas. To podręczne siedzonko dla dziecka, które może służyć również za taborecik do jedzenia. Jest bardzo stabilne, można początkowo postawić je na... stole lub krześle lub fotelu, pod warunkiem, że ów fotel ma podłokietniki, aby przypadkiem nasz Baby Snug się nie zsunął w bok.
Jest przenośne, można go zabrać chociażby do dziadków bez większych ceregieli. No i "rośnie" z dzieckiem, bo kolorowy wkład jest wyjmowany.
Stołeczek może również służyć za fotel do zabawy.
Póki co jestem do niego przekonana.
Śliniaczki frotte dostałam w prezencie, ale z tego, co wiem, są przeżytkiem, bo dość trudno sprać z nich plamy. Kupiłam więc dziś śliniaczek wodoodporny marki Built - akurat był w ofercie w Markafoni za 1/2 ceny.




































