konsumpcja

I shop... ergo sum!

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!


Brakowało mi takiej bazy w mojej szafie, kiedy odkryłam, że moja "mała czarna" sprzed czterech lat ma przebarwienia po antyperspirancie, których już nie usunę.

Z pewnym żalem pozbyłam się jej, robiąc miejsce dla kolejnej. Przyznam szczerze, tej sukienki Mango nie kupiłabym nigdy widząc ją w internecie. Wydaje mi się taka... bardzo, bardzo nijaka. Niby wycięcie, niby asymetria, ale to nie to.

Tymczasem mierząc ją w przymierzalni poczułam się jak... No dobra, bogini to może za dużo powiedziane, ale bardzo się sobie w niej spodobałam. Sukienka fantastycznie opina ciało, nic w niej nie odstaje, układa się fenomenalnie, nie krępuje ruchów. Największe zastrzeżenia mam do tkaniny, bo jest ciut gruba, odrobinę dzianinowa. Na metce opis, by nie prać, który zazwyczaj zawszę ignoruję, piorąc takie rzeczy ręcznie, jeśli nie są koronkowe albo z elementami futra, cekinów i innych.

Ze szpilkami problem jest taki, że trudno dostać coś absolutnie zwykłego, z noskiem w szpic, na umiarkowanie wysokim obcasie. Jak się jednak nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. A mi potrzebne były czarne szpilki bez pięty.

15.04.2012 o godz. 21:45
Z moją wrażliwą na detergenty skórą sprzątanie to gehenna, a szkoda, bo sprzątać bardzo lubię (naprawdę!).

Noszenie zwykłych rękawic odpada, bo mam też uczulenie na lateks, a przynajmniej w kontakcie z nim podrażnione miejsca swędzą jeszcze bardziej.

Co robić? Zdenerwowana postanowiłam powoli wymieniać wszystkie środki czystości w domu na hipoalergiczne.

Zaczynam stopniowo, bo mam jeszcze dużo zapasów. Znalazłam jednak sklep, w którym będę się zaopatrywać: alergia.med.pl.

Ceny... Cóż, wszystko, co specjalnego przeznaczenia, jest droższe od standardu. Nie ma tu co szukać płynu do mycia okien za 10 zł. Jest za 32, za to butla 800 ml. Czyli i tak nie jest źle.

Na początek kupiłam 100 sztuk rękawiczek bezlateksowych (żeby dzięki nim jakoś zużyć zapasy domowej chemii) oraz dwa środki: uniwersalny spray do czyszczenia o zapachu pomarańczy oraz spray do czyszczenia łazienek.



Ten pierwszy zwie się ORANGE MATE READY to USE i ma pojemność 500 ml.

Cena: 19,79 zł


Pachnie pięknie pomarańczami, opakowanie jest estetyczne i poręczne. Idealnie nadaje się do czyszczenia kuchni, bo zostawia apetyczny aromat, a nie pseudo-morską bryzę, która do kuchennych zapachów ma się nijak. No i naprawdę czyści. Czy uczula? Próbowałam bez rękawiczek i faktycznie jakoś później skóra dłoni nie swędziała.

Skład:
Oczyszczona woda, wyciśnięty olej z pomarańczy, etanol (wytworzony z kukurydzy), środek powierzchniowo czynny pozyskany z 100% naturalnego oleju z miąższu kokosa.



Drugi specyfik to Attitude Eco Cleaner.

Cena: 32,99 zł za 800 ml

Oto informacja producenta:

-Bez chloru
-Rewelacyjnie czyści wszystkie powierzchnie w łazience.
-Usuwa uporczywe osady z mydła a nawet pleśń z płytek, fug i kabin prysznicowych.
-posiada kanadyjski ekologiczny certyfikat EcoLogo
-neutralne C02, nie przyczynia się do zmian klimatu
-800 ml
-przyjazny dla środowiska, biodegradowalny i naturalny
--odpowieni dla Vegan
-zawiera naturalne olejki ( drzewo herbaciane i limonka)

nie zawiera sztucznych zapachów
nie zawiera SLS i SLES
nie zawiera sztucznych barwników
nie zawiera enzymów
nie zawiera substancji pochodzenia petrochemicznego

Składniki: Water, Citric acid, Coco glucoside,Lauryl glucoside,Alcohol, Essential oils

Skład jak widać super-prosty, ale tym lepiej. Jest skuteczny, chociaż nie wiem, jak sprawdza się w przypadku sporych zabrudzeń.

Pachnie już bardziej łazienkowo, orzeźwiająco. Butla jest naprawdę spora (dużo większa, niż inne standardowe środki tego typu) i podejrzewam, że wystarczy na długo. Zależało mi szczególnie na tym produkcie, bo umywalkę łazienkową czyszczę bardzo często, czasem parę razy w ciągu dnia - trudno za każdym razem biec po rękawiczki.



A płyn do zmywania kupuję już w sklepach - hipoalergiczny Biały Jeleń. Trochę trzeba się za nim nachodzić. Ostatecznie pewnie zamówię 10 opakowań od razu przez internet. ;)
14.04.2012 o godz. 21:39



Jeszcze nie mam iPhone, tzn. już nie mam i jeszcze nie mam, bo stary powędrował do brata, a na kolejnego czekam dybiąc na męża.

Póki co już planuję zakup tego plastikowego etui z H&M (9,90 zł). Białe to mój absolutny faworyt, to tego z tzw. "blingiem". Boję się jedynie, że te dżety zaczną odpadać.
12.04.2012 o godz. 20:59


Te wszystkie "mega", "super" i "ultra"... Bo przecież określenie "podkład wygładzający" już nie wystarcza.

A taki jest ten kosmetyk. Nie żadne tam "ultra" - on wygładza i tyle.

Lekki, choć nieźle kryjący, delikatny, w najlepszym z możliwych opakowań (tubka, którą można na końcu rozciąć, by wydobyć resztki kosmetyku + pompka).

Przeznaczony dla skóry 30+. Choć jestem młodsza od wieku docelowego, nie uważam, by podkład był na wyrost. Przede wszystkim, to nie krem. Wygląda naturalnie, nie wchodzi w pory, które w moim przypadku są zazwyczaj nieco rozszerzone. Według zapewnień producentów ma też pomóc w redukcji pierwszych zmarszczek stymulując syntezę kolagenu w skórze.

Filtr SPF 8 (lekki, ale nie ma co spodziewać się wyższego faktora po podkładzie) dodatkowo chroni przed słońcem.

I tylko ta cena... Ok. 90 zł za 30 ml to dość spora kwota.

Reszta póki co bez zarzutu, ale być może dopiszę coś po paru tygodniach stosowania. Na razie mój absolutny (i niestety dużo droższy) faworyt to Estee Lauder Double Wear Light.
12.04.2012 o godz. 20:18



Szal: Promod


Kiedy wszystkie dziewczyny wokół rzuciły się na miętowy odcień (zwłaszcza spodni), ja wyciągam z szafy to, co już miałam pastelowego - koralową bluzkę (sztuk dwie), tunikę w kolorze pudrowego różu, lawendowe spodnie...

Mnie też dopadł pastelowy szał, muszę przyznać, chociaż stawiam na delikatną, bananową żółć. Zaopatrzyłam się już w żółty szal (bo szale kocham!) i spodnie identycznego koloru. Dlaczego żółty? Trochę z przekory - nie widzę go często na kobietach, a uważam, że brunetki wyglądają w nim znakomicie.

Podoba mi się ten trend, bo jest wiosenny, kobiecy, elegancki i tak naprawdę ponadczasowy.


Spodnie: Zara
31.03.2012 o godz. 21:36
Naoglądałam się instruktaży makijażowych i zamierzam wypróbować nakładanie podkładu pędzlem.

W ogóle stwierdziłam, że mojej kosmetyczce brakuje kilku pędzli do makijażu. Na co dzień nakładam do prawda tylko niewielką ilość podkładu i tusz do rzęs, ale kiedy już się naprawdę maluję, robię to z przyjemnością i straszną frajdę sprawia mi używanie każdego kosmetyku. Pędzli też. Nagle kobieta czuje się artystką.

Moja absolutna wyrocznia w makijażu, Lisa Eldridge, przekonała mnie do tego, by używać pędzla do podkładu.

Już nastawiam się na kupno jakiegoś (prawdopodobnie Sigmy), ale wcześniej przeszperałam swój kuferek, w którym trzymam resztki perfum i inne szpargały. Znalazłam to:


Na stronie Sephory dowiadujemy się, że pędzel przeznaczony jest do nakładania bronzera, ale ja za cholerę nie potrafię nim nałożyć niczego ciemniejszego, bo efekt jest taki, że wyglądam jak chory dalmatyńczyk. Za to do podkładu dobrze się nadaje. Myślałam, że nic nie jest w stanie poradzić sobie z fluidem lepiej, niż palce, a tu zaskoczenie. Włosie nie wchłania kosmetyku, po aplikacji zostaje na nim mniej więcej taka sama ilość, jak na palcach, które przecież też trzeba umyć. A tak, nałożenie podkładu nie wymaga każdorazowego mycia rąk, zanim przejdziemy do kolejnego etapu makijażu.

Kosztował niemało, pamiętam. Z drugiej jednak strony ma jakieś... 5-6 lat. Naprawdę. Byłam w szoku, że wciąż jest na stronie Sephory i w sprzedaży. Teraz wiem, że wart był tych pieniędzy, bo wygląda niemal jak nowy, choć wcześniej nakładałam nim puder, a ponieważ nie należał do moich ulubieńców, walał się najczęściej w torebce. Włosie jednak myłam regularnie, suszyłam poziomo i chyba też mi się odwdzięczyło dobrym stanem.

Podsumowując: zakup świetny.

Teraz jeszcze poluję na to coś:


Sigma, F80, "flat top", czyli płaski pędzel do pokładu


A to na koniec. Makijaż z wykorzystaniem minimalnej ilości kosmetyków. Dla mnie wciąż jeszcze dość sporo, bo nie korzystam np. z serum, ale to i tak znakomita inspiracja:

10.03.2012 o godz. 10:09
Po długim czasie nieobecności w polskiej sprzedaży wysyłkowej Zara w końcu doszła do wniosku, że warto to jednak wprowadzić.

Wcześniej jednak te, które miały chrapkę na ładne, ale średniej jakości ubrania (bo tak też je odbieram), musiały kupować na Allegro, dokładając ok. 50 zł za każdą rzecz. Chętnych jednak nie brakowało.

Teraz będzie można zamawiać i odbierać. Ciekawi mnie cennik dostaw. Idealnie byłoby, gdyby przesyłka była darmowa, jak w Asos.com czy answear, przynajmniej od pewnej niewielkiej kwoty.

Cóż, poczekamy. Dla mnie to bardzo wygodne. W ciemno mogę kupić buty z Zary i zawsze pasują.
zara.jpg
01.03.2012 o godz. 14:07
Mam parę takich specyfików, których używanie wprawia mnie w dobry nastrój.

Ten właśnie do nich dołączył - mowa o żelu-kremie Swedish Spa (Resculpting Gel Cream) od Oriflame.

Pięknie pachnie, szybko się wchłania i ma cudowną konsystencję. Napina skórę i przyjemnie nawilża, delikatnie chłodząc. Nie zostawia lepkiej warstwy, jak inne żele.

Co jest w nim takiego przyjemnego? Dla mnie TA konsystencja i TEN zapach to niemal strzały w dziesiątkę, idealnie moje typy. Gdybym mogła, smarowałabym się nim 3 razy dziennie.

Nie wiedzę w wyszczuplające działanie, bo w ogóle nie uważam, by jakikolwiek kosmetyk odjął mi 2 cm w udzie (zresztą, nie odchudzam się, więc nawet o tym nie marzę).

Daję 5. I na pewno kupię ponownie.

Orzeźwia i ujędrnia skórę, pomagając wymodelować kontury ciała. Zawiera kompleks Hydracare+ i ekstrakt z alg morskich o działaniu rewitalizującym i wygładzającym. Biała herbata redukuje nagromadzone komórki tłuszczowe i pomaga zwalczać wolne rodniki. Efekt: doskonale nawilżona, gładka i napięta skóra.
oriflame.jpg
29.02.2012 o godz. 20:36


Pamiętam, że jako 5-latka dostawałam zza dalekiej granicy paczki... Wtedy jeszcze w Polsce niewiele w sklepach było, o niewielu rzeczach się słyszało. Wszystko, co w owych paczkach przychodziło, było bardziej pachnące, bardziej kolorowe, ładniejsze.

Nawet zwykłe dezodoranty. Pamiętam jak dziś te marki Felce Azzurra.

Teraz przypadkowo sobie o niej przypomniałam - kupiłam kilka rzeczy i - bum! Zapach dzieciństwa! Już otwierając paczkę uderzył mnie przemiły, świeżo-pudrowy aromat.

Okazuje się, że Felce Azzurra (ja tego nie wiedziałam) to cała gama kosmetyków i środków czystości. Niedrogie, bo choć marka włoska, to na polską kieszeń - dobrej jakości płyny do płukania i odświeżacze powietrza są poniżej 10 zł.

Coś mi się wydaje, że uzależniłam się od ich zapachu...
31.01.2012 o godz. 15:10


Ochnik wzorem innych marek zaczyna inspirować się najpopularniejszymi modelami torebek. Jakieś 2-3 lata temu kupiłam brązowe "siodełko" na wzór Chloe. Teraz znowu w tym stylu i znowu z wyprzedaży. Tylko tak opłaca się kupować te torebki - a ponieważ są to modele dość ponadczasowe, można mieć pewność, że nie jest to fason, który za rok już będzie obciachem, jak np. dżinsowe torebki Louis Vuitton z lisią kitą, tak chętnie podrabiane.

Moje "cacuszko" to czarny kuferek również z "siodełkową" ozdobą, tak charakterystyczną dla Chloe.

Podróbek nie lubię, bo drogie to jak diabli a i tak mam świadomość, że nie noszę oryginału, więc po co mi ten szpan. Za to lubię coś takiego właśnie. Ochnik nie kopiuje, ale inspiruje się, a to różnica.

Jego wersja nie jest niestety tak piękna, ale też i cena przystępniejsza. Gdybym zaniosła tę torebkę do kuśnierza i zebrała po bokach w jednym miejscu, fason zrobiłby się niemal identyczny, ale nie chcę...Lubię swoją "nie-Chloe". :)

29.01.2012 o godz. 19:26


Upominek od koleżanki przypomniał mi o mydłach, które szalenie uwielbiam. Pachną długo, intensywnie i mają niebywale duże rozmiary. Mój brat żartuje, że wyglądają jak "więzienne mydło, po które nie wolno się schylać". Za to pachną na pewno zupełnie "niewięziennie".

Mydła Nesti Dante są wyrabiane według starych receptur, a wzbogaca się je o naturalne, bajecznie pachnące kompozycje zapachowe. Z chęcią zamieniłam swój żel pod prysznic właśnie na to mydło i towarzyszące mu uczucie "zwykłej" czystości. Bez reklamowanych kapsułek, nanosomów, esencji i innych bajerów.

29.01.2012 o godz. 16:05


Wyrwać, dosłownie, bo inaczej nie mogę opisać próby znalezienia godziny czasu na zrobienie sobie raz na 1,5 tygodnia paznokci. Jeśli będę chodzić z "gołymi", obgryzę, bo to obecnie mój jedyny poważny nałóg (z kawą i słodyczami w dużych ilościach pożegnałam się, gdy tylko zaszłam w ciążę).

Paczka ze sklepu wszystkodlawłosów.pl dotarła szybko. Same zakupy były sprawne, kontakt telefoniczny bez zarzutu, a w przesyłce znalazłam jeszcze mały gratis. Ach - przesyłka była darmowa, bo od pewnej kwoty to oni opłacają koszty transportu.





A teraz szybka recenzja mojego hybrydowego manicure: trzyma się już prawie 1,5 tygodnia bez draśnięcia, odpryśnięcia, nawet minimalnego. Gdyby nie "odrost", można by pewnie chodzić drugie 1,5 bez poprawek. Kolor jest żywy, powierzchnia pięknie błyszcząca. I to na moich paznokciach, na których każdy zwykły lakier trzyma się maksymalnie 3 dni z bazą...

Zestaw:
- preparat podkładowy
- lakier hybrydowy (mój jest w kolorze Wildfire - klasyczna czerwień),
- preparat nawierzchniowy (podobno nie jest niezbędny, ale myślę, że to dzięki temu manicure jest cały czas tak świeży)
- aceton do usuwania,
- alkohol izopropylowy do przemywania ukończonego manicure,
- odtłuszczacz (miałam w domu, ale według filmików instruktażowych nie jest niezbędny),
i w końcu
- lampa UV (jak już wcześniej wspominałam, mój stary nabytek sprzed 2 lat, kiedy sama robiłam sobie żel na naturalnych paznokciach).

Tak wygląda mój manicure po 1,5 tygodnia:




24.01.2012 o godz. 21:43


Po raz pierwszy zafundowałam sobie manicure hybrydowy i wiem, że już niebawem będę go robić samodzielnie.

Właśnie jestem w trakcie zaopatrywania się we wszystkie potrzebne rzeczy. Lampę mam jeszcze z okresu, gdy robiłam żel na naturalnych paznokciach. Hybryda wygląda jednak dużo bardziej naturalnie i też dużo prościej ją nałożyć. Potrzebne są trzy preparaty (baza + lakier + preparat nawierzchniowy), do tego aceton do zdejmowania takiego manicure i płyn, którym przygotowujemy paznokcie przed malowaniem. Tyle. Cały zestaw jest dość drogi, ale można kosmetyki z różnych przedziałów cenowych. Zobaczymy, będę kombinować.

Na razie na paznokciach noszę manicure zrobiony kosmetykami Shellac (kolor Wildfire - piękna, klasyczna czerwień) i póki co przy tym zostanę - robiony w niedzielę na razie wygląda, jakbym dopiero do wróciła od manikiurzystki, a muszę przypomnieć, że na moich paznokciach tradycyjne żele już w tym czasie się przykruszały lub odwarstwiały.

Takie manicure można zrobić samodzielnie nawet wieczorem, kiedy dziecko już śpi. I później spokój co najmniej na tydzień albo i dwa. Na razie chyba nie ma dla mnie nic lepszego. A paznokcie muszę malować, inaczej obgryzam niemiłosiernie.
19.01.2012 o godz. 17:36


Dawno już nie miałam tak luksusowego kosmetyku do ciała, choć wygląda niepozornie.

To masło do ciała to chyba IDEAŁ.

No, może odrobinę przesadzam, ale naprawdę niewiele mu brakuje.

Kocham w nim zapach, konsystencję i działanie.
Ten pierwszy jest naturalny, dyskretny i świeży. Pachnie porankiem, wiosną, aż chce się go głębiej wdychać.
Konsystencja wprost perfekcyjna - to krem, który znakomicie się wchłania. Nie jest za tłusty, ale na tyle bogaty, by mieć uczucie, że skóra jest "napojona". W końcu działanie: skóra jest miękka, nawilżona, delikatnie pachnąca, bez nieprzyjemnej warstwy.

Niestety, zdaje się, że można go kupić tylko w gabinetach kosmetycznych. Tani nie jest, ale to swego rodzaju pamiątka. Dawno już przestałam kupować durnostojki podczas wyjazdów - lepiej sprawić sobie coś, co nie będzie stało zbierając kurz i naprawdę się przyda. Z ostatniego pobytu w Krynicy przywiozłam właśnie to.

18.01.2012 o godz. 21:35


Poniżej "na szybko" wrzucam zdjęcia paru nowości zakupowych z mojej kosmetyczki. Niebawem recenzje.



Healthy Mix Serum - Bourjois


Podkład, którego... nie ma!
Naprawdę, nie widać go na skórze. Po nałożeniu stapia się idealnie, zarówno jeśli chodzi o kolor (mam odcień 52 Vanille - lekko żółtawy), jak i teksturę.

Polecony przez uwielbianą przeze mnie Lisę Eldridge, która często używa go w swoich makijażach.

Pięknie pachnie, dobrze nawilża, daje początkowo półmatowe wykończenie, które w ciągu dnia słabnie przegrywając z tendencją do przetłuszczania się mojej cery. Mam jedną, jedyną uwagę: 16-godzinna trwałość, jaką obiecuje producent, nie ma absolutnie nic wspólnego z prawdą. Podkład trzyma się skóry parę godzin, chociaż muszę też zaznaczyć, że mam wyjątkowy talent do ścierania fluidów, które reklamowane są jako najbardziej trwałe. Z całą pewnością stwierdzam jednak, że ten wymaga utrwalenia w postaci np. pudru sypkiego.

Poza tym - rewelacja, łącznie z higienicznym opakowaniem z pompką. Mam nadzieję, że nie będzie przez nią zostawało wewnątrz 50% kosmetyku, jak w wypadku Maybelline.



Masterpiece Max od Max Factor

Wrócę chyba do starych, sprawdzonych mascar, bo te nowe za każdym razem okazują się być jednak nietrafione.

Wkurzona kupiłam coś, co na Wizażu ma jedno ze szczytowych miejsc na listach kosmetyków - tusz Materpiece Max od Max Fator.

I co? Nic - ten tusz jest na moich rzęsach do bólu przeciętny. Efekt daje taki, jak mascara za 10 zł, choć kosztuje 60.

Wszystko to, co wypisują tutaj dziewczyny zupełnie się nie sprawdziło. Nie podważam ich opinii, po prostu może moje rzęsy są wybrakowane albo za dużo sobie obiecuję?

Trudno się mówi i szuka się dalej - właśnie zamówiłam stary, dobry Maybelline na Allegro. Za 17 zł, bo mam już dość przepłacania.
04.01.2012 o godz. 12:59
Co roku ten sam dylemat. Co? Mój mąż nie ułatwia mi zadania. Jak dziecko co roku wypytuje, co będzie, cieszy się i czeka. Jakąś strasznie dużą wagę przywiązuje do gwiazdkowych podarunków.

W tym roku chyba trafiłam, bo strasznie się wzruszył, rozpakowując pudełko.

A pomysł był prosty: longsleeve w Spreashirt, z indywidualnym napisem.

Zamówiłam go jakieś 2 tygodnie przed Świętami, dotarł po tygodniu.

Dla tych, którzy się zastanawiają: na razie krótko stwierdzam, że jestem zadowolona.

Spreadshirt to zdaje się niemiecka firma, ale mają nie tylko angielską ale i polską wersję.

Mąż jest fanem flipperów, zamówiłam więc koszulkę z napisem "Pinball, that's all!". Nadruk granatowy, aksamitny, lekko wypukły na białym t-shircie z długim rękawem.

W opcji jest też możliwość zamówienia opakowania na prezent (eleganckie i gustowne - nie mogę jednak zrobić zdjęcia z wiadomych powodów) i kartki z dedykacją.

Nie mam karty kredytowej, pewnym problemem była zatem kwestia zapłaty. Można zapłacić zwykłym przelewem, jednak musiałam nieco kombinować z wypełnieniem formularza, bo w moim banku dostosowany jest do polskich adresów i znaków. Poza tym wszystko w porządku - informacje o dostawie, o realizacji, o wysyłce.

Pewnie jeszcze kiedyś skorzystam z usług.

Cena koszulki: ok. 140 zł z wysyłką i opcją pakowania jako prezent

30.12.2011 o godz. 14:48


Taki prosty, a zarazem taki fikuśny prezent: krem do rąk.

Na moim biurku zawsze stoi jakaś jego tubka. Tej się prędko nie pozbędę.

Dostałam w prezencie 500 ml kremu The Boutique o lekko słodkawym zapachu orchidei, ambry i kadzidła. Pachnie zmysłowo, jak dobre wieczorowe perfumy, wchłania się błyskawicznie i pięknie wygląda. W dodatku opakowanie wyposażono z wygodną pompkę.

Z lubością używam nawet w tym momencie, pisząc tę notkę.
28.12.2011 o godz. 08:52


Nie potrafię oceniać perfum "na chłodno", rozkładając zapachy na czynniki pierwsze. Nie, bo do zapachów podchodzę strasznie emocjonalnie. Każdy to jakieś skojarzenie, wydarzenie, ba! nawet moment przełomowy.

Chance Chanel na zawsze już kojarzyć mi się będzie z momentem, gdy ja i mój obecny mąż postanowiliśmy, że zostaniemy parą.



Nie miałam wówczas własnego flakonika - podkradałam więc Chance mamie, która na okoliczność wyjazdu użyczyła mi całej buteleczki. Nie, nie zużyłam całej, bo mój obecny mąż stwierdził, że perfumy są dla mnie za poważne...

A teraz na gwiazdkę, pod choinkę, dostałam właśnie Chance. Co najciekawsze, kupił je w ciemno, bo zachwycił go zapach na bloterku.

Już nie twierdzi, że to perfumy na wyrost. Może dlatego, że od momentu ich pierwszego powąchania minęło aż 8 lat? I ja i mąż pewnie do niego dojrzeliśmy.

Perfumy są zdecydowanie dzienne, ktoś w recenzjach słusznie stwierdził, że pachną "półwytrawnie". I dobrze, bo nie przepadam za słodkimi aromatami na skórze.

Zaznaczam: to nie są perfumy, które byłabym sobie w stanie sama kupić. Tak naprawdę nie jest to w 100% mój typ, ale to przestaje mieć znaczenie, gdy za zapachem stoi - jak w tym wypadku - jakaś historia.



Moja przygoda z Chanel jest zresztą dość skromna: pamiętam resztkę Chanel No. 5, którą mama podarowała mi, kiedy kończył jej się jej otrzymany w prezencie flakon. Mając 12 lat dostałam buteleczkę z paroma kropelkami w środku (odkręcana, bez atomizera - dokładnie taka, jak na zdjęciu). Przez długi czas lubiłam odkręcać zakrętkę i napawać się zapachem... Do momentu, kiedy butelka została stłuczona podczas domowych porządków.



Chanel Allure dostałam jako swoje pierwsze "górnopółkowe" perfumy. Miałam jakieś 17, może 18 lat i tato przywiózł mi je, kupione w strefie bezcłowej. 100 ml zdawało się nie kończyć. Zapach był absolutnie za poważny dla nastolatki, ale używałam go oszczędnie, trzymałam w kartoniku, żeby chronić przed promieniami słonecznymi. No i służył mi jakieś 2 lata. A flakonik mam do dziś.

Trzecie były właśnie Chance. Lubię też Coco Mademoiselle, ale ponieważ pachniało już nimi kilka moich znajomych, raczej się na nie nie skuszę.
27.12.2011 o godz. 12:38


Tak już mam, że potrafię kupić sukienkę letnią w zimie, jeśli tylko mnie zachwyci.

Kurtkę skórzaną założę pewnie tylko parę razy tego roku (co oznacza, że będę wtedy poruszać się samochodem, nigdy pieszo w mrozy, które zapewne jeszcze nadejdą), ale na wiosnę będzie jak znalazł - tym bardziej, że od lipca jestem tzw. mamą spacerującą, bo ilekroć wychodzę z domu, zbieram też synka na spacer.

Kurtka jest skórzana, stylizowana na starą, zużytą. Mam już do niej równie pięknie zużyte kozaki Ryłko (znoszone, ale nie zniszczone). Dżinsy, biała bluzka pod spodem i voila - efektowny strój gotowy, bez kombinowania.

Cena była znakomita: 249 zł (za kurtkę skórzaną), bo trafiłam na przecenę 50%.

Przy kasie pytam ekspedientki, jakim cudem został ten jeden, jedyny model na wieszaku, w dodatku w najbardziej "chodliwym" rozmiarze 36.

- Przed chwilą przynieśliśmy ją z magazynu, była tam tylko jedna - powiedziała.

Dodam, że gdy ją kupowałam, obok czekał mój niecierpliwy mąż, a w wózku leżał jeszcze bardziej niecierpliwy, 5-miesięczny synek, który zaczął dawać głośny wyraz znudzenia i zmęczenia jednocześnie.

Coś jeszcze? Tak - miło jest w końcu wyjść z domu, chociaż męczą mnie te przedświąteczne tłumy.


17.12.2011 o godz. 20:53


Pod pewnymi względami jednak lepszy...

Mam nadzieję, że mąż nie sprezentuje mi na Gwiazdkę terminarza, bo sama go już sobie sprawiłam.

Ciak okazał się lepszy od Moleskine, a może po prostu potrzebowałam odmiany. Pod pewnymi względami jednak wygrywa z legendarnym notatnikiem. Czym?

Już odpowiadam:

- ma skórzaną okładkę, która jest dostępna w różnych kolorach (ja mam różową - odcień ciemnej maliny),
- skóra jest miła w dotyku,
- papier dobrze przyjmuje tusz (piszę głównie piórem),
- jest grubszy,
- moim skromnym zdaniem jest po prostu ładniejszy.

Podobnie jak Moleskine występuje w formie notatnika i terminarza.

W tym Moleskine wygrywa?

- ma bardziej poręczny format (taki bardziej "smukły"),
- jest lżejszy,
- ma kieszonkę, np. na ulotki lub inne skrawki.

Ponieważ jednak ostatecznie trudno mi się zdecydować, a notować uwielbiam, od numerów telefonów przez adresy internetowe aż po pomysły na moją pracę naukową (co więcej, przechowuję swoje stare notatniki - to co prawda żaden pamiętnik, ale miło jest je poprzeglądać i wiedzieć, czym zajmowałam się np. rok temu; taki osobliwy "wspomiennik").

A tak w ogóle, to oba uważam za świetny prezent na święta. Ach - jeśli o tym mowa, to moim zdaniem Ciak jest bardziej reprezentacyjny. Skóra robi swoje. ;)
12.12.2011 o godz. 20:57