konsumpcja

I shop... ergo sum!

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!


Poprzedni Glossybox okazał się być katastrofą. Z tym jest już dużo lepiej. Przede wszystkim na 6 produktów aż 5 jest pełnowymiarowych - szampon, jasny cień do powiek, mus pod prysznic i błyszczyk w bardzo naturalnym (jupi!) kolorze to coś, co przyda się na pewno.

Krem Olay zwalczający siedem oznak starzenia (tere-fere) powędrował już do mamy, a ja zamiast tego spryskałam się próbką perfum Katy Perry.



I to o nich głównie chcę napisać, bo dawno już nie rozczarowało mnie tak żadne pachnidło. Fikuśny flakon stanowi dowód na to, że trzeba było koniecznie nadrobić bardzo marną zawartość. Opakowanie i środek mają jednak cechę wspólną: kicz. Jeśli zapach można określić mianem kiczowatego, to ten taki jest. Sztampowy, zwykły, "tani" - ot, słodkie śmierdzidełko, którym łatwo można przyprawić o ból głowy. To zapach dla nastolatek, zbyt słodki, by uznać go było za dobrze skomponowany - gdyby ktoś opatrzył go etykietą "Barbie" i sprzedawał w różowym flakoniku, też by pasowało. Podejrzewam jednak, że dzisiejsze dziewczynki są nieco bardziej wybredne i zamiast szklanego pojemniczka o kształcie nijakim wolą takie berło. Ech...

Nuty zapachowe:
nuta głowy: leśne jagody, ciemna śliwka, bergamotka
nuta serca: czerwona celozja, naturalny jaśmin sambac, tęczowa plumeria
nuta bazy: kaszmeran, serce paczuli, płynna pralinka
14.11.2013 o godz. 20:59


Teraz żałuję, że nie mam tego bordowego...

Zaraz zaraz, od początku.


Rok temu zachorowałam na kapelusz (nawet pisałam o nim na tym blogu!). Miałam jeden, dziś mam trzy. Żadnego z nich nie noszę regularnie, ale to szczegół. Zajmują katastrofalnie dużo miejsca, ale są piękne. A ten model ma nawet ciekawą historię.



Rok temu był do kupienia na Asos.com w dwóch wersjach kolorystycznych: turkusowej i bordowej (inspirowane kolekcją Gucci).


Gucci - kolekcja jesień/zima 2012/2013


Nie kupiłam - pamiętam, że cena odstraszyła mnie skutecznie, no i zadziałał zmysł praktyczny ("gdzie ja go będę nosić?"). W tym roku znalazłam do za groszową kwotę na Allegro = jakaś dziewczyna odsprzedawała go, bo wiedziona pokusą kupiła dokładnie ten model rok temu i kapelusz ów przeleżał u niej w szafie.



A w poniedziałek jestem w kinie, oglądam film "Wyścig" (ang. "Rush" - na marginesie: znakomity!) i widzę scenę, gdy James Hunt poznaje Sally Miller. A Sally ma na sobie... kapelusz Asos!...OK, Gucci, ale wtedy jeszcze nie odrobiłam "pracy domowej" i nie wiedziałam, kto projektował kostiumy. Wracajmy do filmu: Olivia Wilde nosi kapelusz bordowy i wygląda w nim bosko. Gdy kręcono "Wyścig", kolekcja Gucci z owymi boskimi kapeluszami święciła triumfy - w to właśnie ten dom mody współpracował z Julią Day odpowiedzialną za kostiumy w tym filmie. Tak oto kapelusz z Asos wypatrzony przeze mnie rok temu zrobił niejako "karierę filmową". Czułam się dumna, że w ogóle zwróciłam na to cudo uwagę. No i na żywo nie widziałam nikogo w identycznym modelu.

Oczywiście wiem, że nigdy nie będę wyglądać jak Olivia Wilde (czyli filmowa Sally), ale to bordo na ekranie prezentowało się rewelacyjnie.

Sama mam wersję turkusową i wiem, że w duecie z płaszczem w kolorze wielbłądziej wełny pewnie też zrobi furorę. Tym bardziej, że Polacy mają dużo bardziej zachowawczy styl.

13.11.2013 o godz. 20:25


Kosmetyki, które obiecują efekt jak z salonu w domu, zawsze bardzo mnie kuszą, bo ja na bieganie po salonach niestety czasu nie mam. A też chcę być zadbana. I dlatego próbuję, testuję, by - najczęściej - stwierdzić, że jednak nie ma to jak wizyta u specjalisty.

Tym razem nie mogło być inaczej. Przeczytawszy obietnicę, że te innowacyjne skarpetki odsłaniają piękną skórę stóp w zaledwie kilka dni (po uprzednim noszeniu ich przez ok. 90-120 min), stwierdziłam, że co tam - kupuję!

Przesyłka dotarła błyskawicznie, bo już na następny dzień. Kolejnego wieczoru po zmyciu lakieru do paznokci przystąpiłam do działania - 90 minut w wilgotnej folii to żadna przyjemność, ale wytrzymałam. W tym czasie można wykonywać codzienne czynności domowe, więc nie musiałam leżeć i patrzeć w sufit. Uff.

Podczas samego "zabiegu" nic nie piekło, nie swędziało, a tego się trochę obawiałam - wszak to kwasy. Na drugi dzień też nie działo się nic. I na trzeci. W końcu czwartego dnia stwierdziłam, że kosmetyku tego nie można stosować latem, bo z dnia na dzień stopy robią się absolutnie niemożliwe do pokazania - skóra odchodzi całymi płatami. Zewsząd, nawet skórki wokół paznokci. Znaczy się działa.

Nie do końca jednak, bo by usunąć zgrubienia tam, gdzie stopa "pracuje" najbardziej (czyli na tzw. poduszeczkach) prawdopodobnie potrzebna jest druga bądź trzecia sesja. A zatem 100 zł, bo tyle kosztuje jednorazowy komplet skarpetek, nie wystarczy.

Tagi: kosmetyki
10.11.2013 o godz. 21:46


Co przywieźć sobie z wojaży? Ja przywiozłam kosmetyki, bo domu staram się nie zagracać.

Wybrałam kilka rzeczy, których nie dostanę w swojej okolicy bądź nawet kraju. Bo - niestety - jakaś dyrektorska rada uznała, że marka UNE w Polsce nie będzie się sprzedawać.

Zacznę właśnie od błyszczyka UNE. UNE to marka Bourjois. Młodsza siostra do jasno sprecyzowanych poglądach w kwestii makijażu: ma być naturalnie. Kropka. W palecie UNE znajdziemy więc beże i szarości, zgaszone róże i dyskretne korale. Żadnych czerwieni, żadnego granatu. Błyszczyki i szminki można niemal wybierać w ciemno - każda ma pasować.

Ja zatem lekką ręką wybrałam "jakiś naturalny". Pachnie wazeliną, jest nietrwały, ale kolor - poezja. Ja, która takich kosmetyków mogę mieć tony, noszę go przy sobie nieustannie. Zapewne skończy się szybko, bo z wydajnością u niego marnie, ale za to przez ten krótki czas będę używać go namiętnie, pocieszona faktem, że przynajmniej znakomicie nawilża usta.

Perfumy do wnętrz L'Occitane okazały się niewypałem. Coś, co dobrze pachniało na blotterku, rozpylone w powietrzu śmierdzi wodą kolońską jakiegoś pana z czasów PRL. Zbyt staroświecko, zbyt dusząco. Za to flakon jest jak najbardziej do późniejszego wykorzystania.

Mgiełka do włosów L'Occitane również spisuje się średnio. Dlaczego? Jak wiadomo, włosy najtrwalej i najłatwiej łapią zapach. Każda długowłosa wie, czym grozi wejście do kiepsko wentylowanego baru z fast-foodem: czujemy frytki aż do mycia czupryny. Taka mgiełka teoretycznie powinna utrzymywać się długo i intensywnie. Liczyłam, że zastąpi mi chwoliwo perfumy, ale - niestety - ona stanowi jedynie ich tło. Ot, gadżecik dla pań, które chcą, by każdy milimetr ich ciała i włosów nosił przyjemny aromat.

Szampon dr.Organic utwierdził mnie w mojej niechęci do kosmetyków zbliżonych naturze. Niestety, lubię, gdy się pieni i lubię, gdy pachnie (wyjątek stanowi emulsja Emolium, ona działa tak znakomicie, że przełykam brak dodatkowych sensacji zmysłowych). Ten pachnie... jak olej spożywczy. Nie ma się co dziwić - nie dodano tu substancji zapachowych, barwników, spieniaczy (czyli SLS i SLES) i innych dodatków, które szkodzą, a które mają poprawiać komfort użytkowania kosmetyku. Niestety, nie zostanę eko-konsumentką, bo szampon jest toporny. Kiepsko się pieni, mam wrażenie, że też kiepsko myje, bo przez niewielki stopień spieniania można łatwo przesadzić z jego ilością. Pozostanę przy sortowaniu śmieci.

04.11.2013 o godz. 19:29


Lubię takie gadżety. Coś, co sprawia, że codziennie używane przedmioty są ładne i estetyczne. Albo gdy ułatwia życie.

Boc'n'roll nie jest wynalazkiem przydatnym w sposób oczywisty, ale nie sposób odmówić mu walorów praktycznych. Jakich? Na przykład to, że wielokrotnie możemy zapakować w to coś kanapkę, zjeść na niej drugie śniadanie, a gdy się wybrudzi - wyprać. Wygląda przy tym ładnie, a intensywna zieleń (ja taką wersję posiadam) jest energetyczna, optymistyczna i... smakowita.

Kosztuje ok. 25 zł. Kupiłam ją na Allegro. Gdybym miała codziennie robić dziecku kanapki do szkoły (już za parę lat...), zapewne wybrałabym właśnie takie rozwiązanie zamiast nieustannego pakowania kanapki w papier śniadaniowy i dodatkowo w worek. Jedna rzecz załatwia sprawę. I przy tym jak efektownie wygląda!
21.10.2013 o godz. 19:41


Nienawidzę układania włosów. Niestety, jestem na to skazana co najmniej co drugi dzień. Jakoś trzeba przywrócić do ładu czuprynę po umyciu. Nic dziwnego, że szukam dróg na skróty, choć podobno takich nie ma.

A tu Osis Blow and Go obiecuje krótszy czas suszenia suszarką i modelowania oraz większą odporność na wilgoć w powietrzu.

Każda minuta jest na wagę złota, gdy ma się małe dziecko. Kupiłam więc, spryskałam mokre pasma i testuję - czy naprawdę suszy się krócej? W moim odczuciu tak.

Włosy mam gęste, traktowanie ich suszarką to w moim przypadku co najmniej kilkunastominutowa czynność. Zazwyczaj nie suszę ich od razu po umyciu - czekam, robię śniadanie, zajmuję się synkiem... Tym razem jednak byłam bezlitosna: wycisnęłam nadmiar wody w ręcznik, obficie spryskałam włosy mgiełką i sięgnęłam po suszarkę. Naprawdę uporałam się z tym w krótszym czasie. Nie zauważyłam jednak, by włosy były szczególnie prostsze do modelowania, bardziej podatne. Moje i tak są, ale gdy w powietrzu wisi sporo wilgoci, nici z fryzury już po pokonaniu drogi dom-samochód. Dziś jest nieźle, ale zaznaczam: nie padało. :)

Póki co będę używać chyba po każdym myciu. Zbieram te cenne minuty.
11.09.2013 o godz. 13:55


Kupując online nigdy bym się na nią nie zdecydowała, bo kupowanie marynarek jest zbyt ryzykowne. Była jednak sierpniowa wyprzedaż, a ten ciuch był tak... jesienny.

Wykonana z grubej tkaniny, idealna na wrzesień i październik. Czarna, klasyczna, do mokasynów, szpilek i botków.

Tak naprawdę jednak zorientowałam się, że na wyprzedażach kupuję nic albo mało. Drażnią mnie tłumy, nie widzę potrzeby zaopatrywania się w zwiewne bluzeczki, gdy zaraz jesienny wiatr będzie smagał mnie po plecach.

Zawsze szukam czegoś, co mogę założyć w najbliższym sezonie, a nie w sezonie za rok. Czasem jednak warto zajrzeć do sklepu. Marynarki w Massimo Dutti to raczej spora inwestycja, więc taki żakiet kupiony o 50% taniej można nazwać okazją.
11.09.2013 o godz. 13:34


Elegancki, z szerokim miękkim rondem. Moje marzenie od lat. Właściwie to nawet taki mam - w kolorze gorzkiej czekolady. Teraz kupiłam czarny. I przysięgam sobie, że ten model nie przeleży w szafie będąc jedynie odbiorcą moich modowych westchnień.

Dlaczego jednak wcześniej go nie nosiłam?

Mam swoją teorię na ten temat. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. A taki kapelusz zobowiązuje. Nie można założyć go do byle czego. Trzeba mieć cały spójny wygląd i nie przesadzać z niczym. A zatem bez nadęcia, żeby nie wyglądać jakby się właśnie zwiało z teatralnej garderoby.

No... starzeję się. Moja garderoba też, chociaż lepiej powiedzieć: ewoluuje. Może i tak. Dzięki niedawnej pomocy wyczyściłam swoją szafę z ton nienoszonych, nielubianych, niechcianych ubrań. O dziwo, zostały same biało-czarne rzeczy z domieszką szarości i beżu. Taka ze mnie nudziara, że ten kapelusz pasuje mi teraz do wszystkiego.
23.08.2013 o godz. 09:47


Tak to bywa: kompletując listę rzeczy niezbędnych w naszych kosmetyczkach nigdy nie pomyślimy o nich w pierwszej kolejności. W drugiej też nie. Kiedy jednak spróbujemy, sięgamy po kolejne opakowania, gdy tylko skończy się to pierwsze.

I ja tak mam z tymi kosmetykami. Coś, co na rynku świetnie funkcjonuje od dawna, odkryłam parę miesięcy temu, ale już wiem, że polubiłam, doceniłam i pozostanę im wierna.

Rajstopy w sprayu Sally Hansen

...to photoshop dla nóg. Już wiem, że w ciepły dzień nigdy już nie założę rajstop, bo mam to cudo. Skóra jest wyrównana, optycznie wygładzona, pajączki niewidoczne, a koloryt poprawiony. Wady? Trzeba czekać, aż kosmetyk "zastygnie", czyli ok. minuty. Wcześniej nie radzę siadać na białym prześcieradle.

Ciekawostka: ten kosmetyk mrozi ręce! Gdy uwalniamy go z pojemnika pod ciśnieniem, ciecz, która się wydobywa, jest chłodna. To jednak absolutnie normalne.

Suchy szampon do włosów


Kto ma grzywkę ten wie, jak szybko może się przetłuszczać. OK, nie zamierzam używać go jako substytut mycia włosów, ale wiem, że dzięki niemu moja fryzura jest do uratowania przez jeden dzień dłużej. Mam dwie wersje: tę na zdjęciu i dla szatynek. Już wiem, że muszę kupić ciemniejszą, ale póki co poczekam, aż skończy się ta.

Wady? Trzeba umiejętnie używać, inaczej włosy nam brzydko zmatowieją. Ja pryskam je jakby "od spodu", a wierzchnie warstwy oddzielam grzebieniem przed aplikacją.

19.08.2013 o godz. 21:29


Demakijażu nie lubię. Raz, że odsłania moją prawdziwą skórę, a dwa, że jest konieczny i nic poza tym. Dobrze jednak, by przy okazji jakoś też skórę pielęgnował. Dlatego płyn micelarny chwilowo zamieniłam na olejek migdałowy przywieziony z Grecji (moja jedyna oprócz pumeksu i zdjęć pamiątka z wakacji!) oraz peeling Naobay.

Olejek ten jest tradycyjnie wykorzystywany w demakijażu i nie ma się co dziwić - bardzo dobrze rozpuszcza tusz i kolorowe kosmetyki. Cienie do powiek, podkład - nieważne. No i jest naturalnym emolientem, więc gdy po południu pozbywam się make-upu, mogę sobie zapomnieć o wklepywaniu pod oczy kremu. Naturalny, wydajny, dbający o skórę. Tłustą warstewkę po użyciu tłumaczę sobie jego dobroczynnymi właściwościami.

Peeling Naobay to zdobycz z Glossybox. Cena detaliczna jest horrendalnie droga (ok. 100 zł) i przyznam z ręką na sercu, że w życiu bym tyle nie wydała na peeling. Ten jest owszem, dobrej jakości, bo i drobiny ścierające odpowiednio małe, odpowiednio twardo-miękkie, a sama emulsja, w której są zanurzone, delikatnie nawilżająca, ale... stówa za peeling? Nie dla mnie, więc ja go ponownie nie kupię. Jeśli ktoś jednak nie ma na co wydawać pieniędzy, bez żalu może go nabyć. To przyjemna w stosowaniu rzecz. I wygodna, bo zaopatrzona w pompkę. I ekologiczna, bo bez wszelkich tych szkodliwych (i niemodnych w kosmetyce) substancji.
06.08.2013 o godz. 16:48


27 lat się Clarins męczył nad tym kosmetykiem. Miał różne formy, aż specjaliści z laboratorium tejże marki opracowali najnowszą, obecną wersję. Jaka jest?

Uważane jest za najbardziej kompletny kosmetyk pozwalający kontrolować procesy starzenia się skóry. Polecany jest dla kobiet po 25. roku życia. Górnej granicy nie ma, bo 20 ekstraktów roślinnych stymulująca 5 najważniejszych funkcji skóry służy paniom w każdym wieku.

Serum składa się z jakby dwóch kosmetyków w odrębnych fiolkach: osobno zamknięto składniki rozpuszczalne w wodzie, osobno te w tłuszczach. Ponoć żaden jednorodny kosmetyk nie ma aż tak wszechstronnego zastosowania.
• Te dwie formuły kosmetyku wydobywamy jednym naciśnięciem pompki. A co po czterech tygodniach stosowania? Ponoć aż 87% procent kobiet twierdzi, że serum wyraźnie wzmacnia działanie kremu na dzień i na noc.

W praktyce wygląda to tak, że skóra ten specyfik dosłownie pije. Ja aplikuję ilość, jaką otrzymujemy po jednym naciśnięciu, ale trzykrotnie więcej też by się bez problemu wchłonęło. Serum nie zostawia żadnej warstwy na skórze, wsiąka natychmiastowo. Opakowanie jest wygodne, ale co z efektami? Na pewno pory nie są zapchane a skóra w żaden sposób nie wydaje się być przeciążona. Ja stosuję profilaktycznie i gdy zaczem zapomnę nałożyć go pod krem, nic się nie dzieje, ale ja - konsumentka - lubię wierzyć w to, że moja skóra dostaje jakiś bonus. Drogi bonus.
06.08.2013 o godz. 16:37


Pewnie wyjdę teraz na snobkę, ale do tanich butów mam niechęć. Bo śmierdzą okropnym klejem, bo są niewygodne, bo są źle wykończone, bo nigdy nie są ze skóry i niszczą się szybciej, niż planujemy zakup nowych.

A jednak dałam się skusić na buty ze sklepu elillu.pl

Obsługa świetna, wybór przyzwoity, ceny przystępne ale gdy przyszło do rozpakowania paczki, mój nos wywęszył tandetę. Dosłownie.

Wiem, że nie mogę wiele oczekiwać, ale te buty nie kosztowały 39,90, a 99,90 i uważam, że to jest już cena, która zobowiązuje chociażby do tego, by te buty nie nosiły okropnego zapachu. Zapachu fabryki, kleju i tych sztucznych materiałów, z których są wykonane.

Cena 99,90 zł jest mocno wygórowana, gdy weźmiemy pod uwagę jakość. Gdybym kupowała na żywo, w życiu nie zapłaciłabym za nie tyle, ale cóż... oto, co robi dobre zdjęcie. Buty są niewygodne i choć prezentują się ładnie, mam przeczucie, że posłużą mi stanowczo za krótko.

Ponieważ jednak dobierałam je do paru konkretnych strojów, liczę na to, że uda mi się nie zniszczyć ich od razu. Co - biorąc pod uwagę chwiejność obcasa - może być trudne.

A do samego sklepu już nie wrócę.

27.07.2013 o godz. 19:53


Wróciłam z podróży do domu, a tam już czekał na mnie lipcowy Glossybox, zapakowany w piękne, turkusowo-koralowe opakowanie. Miałam wrażenie, że to moja pamiątka z wakacji.

Co znajdziemy w środku?
- krem nawilżający do twarzy Avon Anew,
- krem nawilżający pod oczy Tołpa,
- koralowy mini-lakier do paznokci Nails Inc. w odcieniu Brook Street,
- żel to stóp Beautibyrd FlyHigh!,
- próbkę nawilżającej odżywki do włosów Artego.

Avon Anew zapewne wypróbuję najpóźniej. Czekam, aż skończy się mój Dramatically Different Moisturizing Lotion od Clinique, a że mam opakowanie 100 ml (z którego ubyła dopiero 1/3 opakowania), przyjdzie mi jeszcze poczekać. Kremu Avonu nie kupiłabym sama, ale skoro przysłali go w Glossyboxie...

Lakier mam już na pazurkach. Świetnie kryje - wystarczy jedna warstwa, co dla mnie jest cechą bardzo istotną, bo w przypadku dwóch czas oczekiwania na schnięcie jest dla mnie zawsze barierą nie do pokonania. Kończy się tym, że usiłując chronić wciąż wilgotny lakier zaczynam inne czynności i... cały proces malowania trzeba powtarzać. A tu rach-ciach i mamy ładny, soczysty kolor na dłoniach. Buteleczka w wersji mini jest idealna na lato - większej zapewne nie zdążyłabym zużyć. Do końca wykorzystuję zawsze tylko lakiery krwistoczerwone i pastelowe.

23.07.2013 o godz. 11:47


Ufff, prawie spakowana. 80% mojej listy jest już poskreślane. Kosmetyki oczywiście pakuję niemal na samym końcu, bo wielu z nich jeszcze używam tuż przed wyjazdem.

Jak już wspomniałam, zamierzam nie zabierać podkładu i pudru. A zatem co wezmę? Krem BB Ireny Eris i kompakt Shiseido z filtrem 50 - o obydwu pisałam.

Do miniaturowych pojemniczków przelałam już m.in. żel do mycia twarzy. Miniatury innych produktów mam z Glossyboxów. Teraz jest idealna okazja, by wypróbować m.in. rozświetlający olejek Pat & Rub czy balsam do ciała La Mer.

Pakuję też olejek do włosów Paul Mitchell - obowiązkowo trzeba nim posmarować włosy przed kąpielami w basenach lub morskiej wodzie.

Perfumy również w wersji mini - Acqua Roberto Cavalli sprawdzi się latem nie tylko ze względu na swoją pojemność.

A makijaż? Cienie do powiek, róż, tusz, jeden błyszczyk i eyeliner, choć pewnie tego ostatniego jednak nie spakuję, a połowy nie będę używać…
13.07.2013 o godz. 22:19


Ach, pakowanie się. Wydawać by się mogło, że przydać się może wszystko. Bo i komary tną, i licho nie śpi. Oczywiście lepiej zabrać i żałować, że się wzięło niepotrzebnie, niż w panice szukać potem środka, który mógłby nam pomóc od ręki.

Pewne rzeczy warto spakować wybierając się na wyjazd. Ja - dość lekkomyślnie - wybierając się w kwietniu na rodzinną podróż z maluchem nie zabrałam właściwie nic oprócz syropu przeciwgorączkowego. Jechaliśmy do Berlina - wychodziłam z założenia, że tam aptek pełno i w razie potrzeby kupię, co trzeba. Rok temu w Budapeszcie mówiłam po węgiersku: "Poproszę krople na katar dla dziecka", którego to zwrotu uczyłam się pół dnia, żeby później nie zapomnieć i nie przekręcić jakiegoś wyrazu.

Tym razem biorę dużo, dużo więcej.

Co spakowałam? Zajrzałam na różne fora. Moja kosmetyczka to wypadkowa wszystkich rad zostawionych przez inne mamy oraz własnych doświadczeń. A zatem:

- Smecta
- prebiotyki (LacidoBaby)
- zestaw plastrów
- kompresy
- coś na komary (przeciw ukąszeniom i gdy coś już nas ugryzie),
- syrop przeciwgorączkowy i przeciwbólowy (Ibum)
- krople do nosa
- termometr
- Octenisept do odkażania ran.
- Panthenol w razie poparzeń,
- Sudocrem.

Dla dorosłych:
- Polopiryna S,
- Rutinoscorbin,
- Iladian Direct Plus (czyli coś dla pań...).

No i niemałych rozmiarów kosmetyczka pełna!
13.07.2013 o godz. 21:14


Jak się spakować mając limit 20 kg na walizkę z mężem i dzieckiem? Nie ma rady, trzeba łączyć. Żel pod prysznic dla dwojga, najlepiej typu 2 w 1 (w moim przypadku jest to szampon wakacyjny Artego), czyli z szamponem, balsam do ciała w wersji mini, ale... przecież wszystkiego "mini" nie zabierzemy.

Tak więc "regular" będzie krem do opalania (2 x faktor 50), tubki dwie, bo... A bo tak. :) Olejek przyspieszający opalanie Marizy to zaś mój wakacyjny hit sprzed - uwaga! - lat 10, kiedy to dostępny był jeszcze w innym opakowaniu. Pamiętam, że ja, bladolica, "strzaskałam" się dzięki niemu na heban. Drugi olejek do opalania zamówiony został na Allegro - nie dotarł. A miało to być również jakieś inne kosmetyczne cudo.

Moje wersje mini zapewne zbiorę w innym poście, jeśli jeszcze zdążę je zgromadzić do zdjęcia, zanim trafią na dno walizki. Jest tam m.in. olejek Pat & Rub, jakieś próbki perfum, balsam do ciała LaMer, żel matujący... Wszystko lekkie i nadające się do tego, by bez wyrzutów sumienia wrzucić je do kosmetyczki, która i tak pozostaje lekka.

NIE biorę podkładu płynnego, nie biorę też pudru sypkiego. Tuszu zapewne wezmę miniaturkę, ale podejrzewam, że nawet nie będę go używać. W końcu trzeba odpocząć nie tylko od pracy.
12.07.2013 o godz. 22:57


Wpis na zasadzie przeciwieństw. Bo lato, bo... kontynuuję "projekt denko". Miesiąc byłam bez kremu na noc. Zużyłam wówczas wszystkie próbki, jakie miałam zachomikowane, po czym zrobiłam rzecz jakże oczywistą - kupiłam krem w ciemno. White Lucency zachęciło mnie opisem. Ma wyrównywać koloryt, nawilżać i niwelować zmarszczki. Tych ostatnich na szczęście nie mam, ale cóż szkodzi działać prewencyjnie.



Kosmetyk jest gęsty, rzeczywiście na noc - zostawia tłusty film. W moim wypadku wystarcza jego minimalna ilość, a i tak czuję go na skórze. Czy to dobrze świadczy? Znam panie, które lubią wiedzieć, że czymś treściwszym pokryły skórę na noc. Ja nieustannie zmagam się z nadprodukcją sebum w pewnych rejonach twarzy, więc taka tłusta konsystencja nie do końca mi odpowiada. Na szczęście rano nie zauważyłam żadnych oznak "przekarmienia". Zobaczymy - zapewne będę go stosować co drugi dzień. No i na wakacje raczej ze mną nie pojedzie, bo producent zaleca, by podczas jego stosowania unikać ekspozycji na słońce.

Słoiczek ładny, estetyczny, zapach delikatny - tak delikatny, że nawet nie zwróciłam na niego uwagi.

Za to nie sposób nie zwrócić uwagi na aromacik, jaki zostawia po sobie żel samoopalający od Estee Lauder. Rozpieścił mnie mój wcześniejszy, od Clarinsa. Uniwersalny, na twarz i na ciało. Liczyłam, że kupując żel dostanę wszystkie dobrodziejstwa poprzednika + lżejszą konsystencję. Myliłam się, bo teraz mam w kosmetyczce śmierdziela. Tak, śmierdziela. Wiem, że żaden z samoopalaczy nie zagwarantuje nam olfaktycznej orgii na skórze, ale w tym wypadku musiałam maskować zapach Bronze Goddess mgiełką do ciała. Za to brąz… Cóż, ja, bladolica, zastrzeżeń nie mam w tej materii. Uzyskałam najbardziej naturalnie wyglądającą opaleniznę z tubki w całym swym doświadczeniu z samoopalaczami. Żel jest bardzo, ale to bardzo lekki (kusi mnie, by mimo braku wskazań zaaplikować go też na twarz, ale… nie, nie będę) i ma miliony delikatnie połyskujących drobinek, które w magiczny sposób wtapiają się w skórę. Coś za coś, zawsze coś za coś…

12.07.2013 o godz. 14:47


Ma być pięknie. Producent zapewnia cuda na kiju owinięte w marketingową, pseudo-naukową papkę:


Preparat zawiera ekstrakt z kawioru, dzięki czemu serum intensywnie stymuluje rewitalizację skóry: aktywnie regeneruje, nawilża i odżywia, co znacząco poprawia jej wygląd i kondycję. Hamuje starzenie komórek skóry na drodze enzymatycznej, oddziałuje na metabolizm preadipocytów i adipocytów, co widocznie wpływa na kontur twarzy. Dodatkowo wyrównuje koloryt skóry, rozjaśniając przebarwienia i niewielkie plamki. Aplikować za pomocą pipetki na opuszek palca lub bezpośrednio na oczyszczoną skórę twarzy. Delikatnie wmasować. Stosować rano i /l ub wieczorem, również jako bazę pod makijaż, samodzielnie lub z innymi produktami do pielęgnacji.

Skład: Aqua, Glycerin / Butylene Glycol / Carborner / Polysorbate 20 / Palmitoyl Oligopeptide / Palmitoyl Tetrapeptide-7 / Sodium Lactate, Glycerin / Coco-Glucoside / Caprylyl Glycol / Alcohol / Glaucine, Propylene Glycol / Glycerin / Hydrolyzed Caesalpinia Spinosa Gum, Propandeiol / Scutellaria Baicalensis Extract, Glycerin / Hypoxis Rooperi Rhizome Extract / Caesalpinia Spinosa Gum, Polysorbate 80, Propylene Glycol / Caviar Extract, Acrylates / C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Sodium Hydroxide, Disodium EDTA, Benzyl Alcohol / metylchloroisothiazolinone / Methylisothiazolinone, Lactic Acid, Parfum.

Cena: 30zł / 30ml


"Hamuje starzenie komórek skóry na drodze enzymatycznej, oddziałuje na metabolizm preadipocytów i adipocytów, co widocznie wpływa na kontur twarzy". Hellooo? Czy ktoś wie, co to są preadipocyty i adipocyty? (Lekarze, biolodzy i inni specjaliści, siedźcie cicho, pytam laików.) No właśnie. A to tylko komórki tłuszczowe. Za to w notatkach PR-owych brzmią tak mądrze, prawda?

Przyznam szczerze: trudno mi obiektywnie ocenić wpływ kosmetyków na moją skórę, o ile jej nie szkodzą. A to serum nie szkodzi na pewno. Czy jednak działa tak spektakularnie, jak obiecuje producent, ciężko stwierdzić. OK, moja skóra w trakcie jego stosowania nie sprawiała problemów. OK, koloryt wydawał mi się nieco bardziej ujednolicony. OK, nie stwierdziłam wysypu wyprysków - potocznie mówiąc serum mnie nie "zapchało". Płacąc 30 zł można jednak wierzyć, że kosmetyk ten wzmocni działanie stosowanych na co dzień kremów. Ja stosuję go w połączeniu ze standardowym nawilżaczem Clinique, czyli znaną wszystkim żółtą emulsją Dramatically Different. Sprawdza się o tyle, że skóra jest miękka, o przyjemnym kolorycie, bez tłustych filmów i niepotrzebnego babrania się z kosmetykami, które nie chcą się wchłaniać, a później jełczeją nam na skórze w ciepłą, letnią noc. Za tę cenę jednak (nie sposób nie brać jej pod uwagę) jestem zadowolona i nawet przymknę oko na kiepską wydajność (w miesiąc buteleczki nie ma!).

09.07.2013 o godz. 15:06


Zaczęło się od masażu balijskiego, na który wybrałam się z mężem. On dostał karnet z okazji urodzin, ja z tej okazji zrobiłam prezent sama sobie. :)

A na koniec wyszłam z salonu z tym olejkiem w torebce.

Trudno mi od siebie dodać coś więcej, niż pisze producent:

100% naturalny olejek do ciała

Zawiera olejek z róży japońskiej i olejek geraniowy.

Ręcznie tłoczone olejki roślinne zostały połączone według zasad i wiedzy ajurwedy.

Wspaniale pielęgnuje ciało. Odżywia i wzmacnia skórę zmęczoną, podrażnioną, szarą. Znakomicie nawilża, odmładza i regeneruje skórę. Działa odprężająco.

Olejek geraniowy – ma właściwości uelastyczniające i ściągające. Powoduje ujędrnienie skóry. Jako środek antybakteryjny i antywirusowy działa przeciwzapalnie. Poprawia krążenie krwi tuż pod powierzchnią skóry, regeneruje skórę, ułatwia wymianę martwych i uszkodzonych komórek na nowe.

Olejek różany nawilża, wygładza, łagodzi podrażnienia, dodaje blasku zmęczonej cerze, uszczelnia naczynia krwionośne i zmniejsza zaczerwienienia. Ponadto przyspiesza gojenie niewielkich ran. Działa jest afrodyzjak.

Stosować bezpośrednio na skórę, masować ciało delikatnymi kolistymi ruchami aż do całkowitego wchłonięcia olejku przez skórę. Można dodać kilka kropel do kąpieli.

Olejki należy przechowywać w ciemnym i chłodnym miejscu (ale nie w lodówce), w temperaturze od 8° C – do 25°C. Chronić przed wysokimi temperaturami, stałym dostępem powietrza i światłem. Po otwarciu – zużyć w ciągu 6 miesięcy.

Pełen Skład INCI: Heliantus Annus Seed Oil (olej z ziaren słonecznika), Sesamum Inndicum Seed Oil (olej sezamowy), Olea Europea Oil (olej z oliwek), Prunus Amygdalus Dulcis Oil (olej migdałowy), Simmondsia Chinensis oil (olej jojoba), Prunus Armeniaca Oil (olej z pestek moreli), Triticum Vulgare Oil (olej z kiełków pszenicy), Rosa Damascena Flower Oil, Pelargonium Graveolens Flower Oil (olejek geraniowy), Tocopherol (wit E).


Wyczerpująco, prawda? Olejek pachnie ciut staroświecko - to zasługa róży. Dobry, poczciwy, kwiatowy aromat. Ciężki, ale do formuły kosmetyku pasuje.

Specyfik jest wspaniale tolerowany przez skórę, nawet alergiczną. Nałożony pod oczy nie robi krzywdy (to 100% naturalny olejek), a wszelkie alergiczne zmiany na skórze dobrze go tolerują. Wklepuję go pod oczy (nie szczypie, zaręczam!), na usta (znakomicie je wygładza!), smaruję kolana i łokcie. Tak naprawdę jeśli ktoś chce się porozpieszczać może posmarować się od stóp do głów, z włosami włącznie. Odleżeć 30 minut, np. na leżaku, popijając pinacoladę, a później hop pod prysznic. Ot, taka olejkowa kuracja.
Tagi: orientana
03.07.2013 o godz. 19:52


Ano mam. Kupiłam gdy tylko zobaczyłam w Rossmanie.

Moje pierwsze wspomnienie związane z tymi kosmetykami sięga drugiej połowy lat 90-tych, gdy będąc smarkulą wydawałam krociowe wówczas dla mnie pieniądze na magazyn "Sixteen" bądź "Seventeen", już nie pamiętam - wszystko w imię nauki angielskiego. A tam, co dla mnie wyglądało jak szczyt marzeń, reklamy kosmetyków, o których polska nastolatka wówczas nie wiedziała, bo i skąd miała wiedzieć, jeśli się nie podróżuje po Stanach Zjednoczonych. Ha! Ale od czego była prasa! (Internet? Jaki internet. Wtedy to szczytem znajomości sieci było wysłanie maila.)

Nie pamiętam wielu obrazków, ale reklamy Aussie jakoś mi utkwiły w pamięci. Może dlatego, że sympatyczny kangurek w logo średnio kojarzył mi się z pielęgnacją czupryny.

Te australijskie szampony i odżywki dotarły do Polski jak widać bardzo późno, bo po kilkunastu latach od momentu, gdy pierwszy raz je zobaczyłam. Jak mogłam nie skonfrontować swoich nastoletnich marzeń z rzeczywistością? Kupiłam, a jakże.

Wrażenia? Bardzo, bardzo pozytywne. Zaznaczę, że zazwyczaj zaopatruję się w tzw. kosmetyki profesjonalne, nie tylko ze względu na efekt, ale i stosunek cena/pojemność/wydajność, bo przy moich długich i gęstych włosach każdy szampon czy odżywka zużywa się w tempie ekspresowym.

Tutaj niestety nie mamy pojemności 500 ml. Za 250 ml przychodzi nam zapłacić jakieś 20 zł. Niemało, biorąc pod uwagę, że bardzo dobry jakościowo szampon fryzjerski mamy w przeliczeniu taniej, dużo taniej.

Mimo to jednak uważam, że kosmetyk jest tego wart. Dlaczego? Już po umyciu szamponem włosy są sypkie i łatwo się rozczesują. Odżywka tylko pogłębia ten efekt (mam wersję 3-minutową, ale nigdy nie udaje mi się jej dotrzymać przez przepisowy czas). Ładnie pachą, są wydajne, a butelka, którą wystarczy ścisnąć bez odkręcania wieczka czy nakrętki, jest trafiona w punkt!
25.06.2013 o godz. 15:30
konsumpcja
konsumpcja
Skąd: ... z chęci posiadania!
O mnie: Zakupoholiczka, ale przede wszystkim fanka zakupów udanych i sprawdzonych. Mimo wszystko jakość przedkładam na ilość, dlatego cenię sobie recenzje. To też robię: kupuję, wącham, rozpakowuję, dotykam i opisuję. Wszystko, by może ktoś skorzystał z moich shoppingowych doświadczeń.
statystyki
sekcja użytkownika